Rozsypaniec-Halicz-Tarnica. Bieszczadzka klasyka

Wbrew pozorom, nie Tarnica była naszym celem. Był nim pobliski Halicz. A to, że szlak Wołosate-Halicz-Tarnica układa się w kuszącą pętlę? No cóż… górom się nie odmawia.

A na serio – dość długo się zastanawialiśmy, czy dla Starszaka te niemal 20km na nogach nie będą zbyt eksploatujące. Spojrzeliśmy na wykaz jego przejść:) i zdecydowaliśmy się spróbować. Wolne tempo, dużo przerw – powinniśmy dać radę. I rzeczywiście daliśmy. A Starszak, mimo że ostatecznie zmęczony, to zachwycony widokami i dumny z faktu iż jedna wycieczka dodała mu 30 punktów GOT PTTK.

Wołosate – Rozsypaniec

Zaczynamy na parkingu w Wołosatem, który o 9 rano wygląda tak, że mam chęć zawrócić i wybrać się na inny szlak. Chociaż trzeba przyznać, że jak na taki tłum samochodów i ludzi, logistyka umiejscowienia turystów idzie sprawnie. Parking znajduje się przy końcu Głównego Szlaku Beskidzkiego, należy przejść jeszcze 600 metrów asfaltem do kas biletowych Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Przy kasach można odbić na niebieski szlak – jest to najkrótsza droga na Tarnicę, i tam podąża zdecydowana większość osób. Jest tam naprawdę gęsto. My kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę granicy z Ukrainą. I tu jest dużo bardziej swobodnie i przyjemnie. 

Pierwsze 1,5km idziemy asfaltem, bez przewyższeń. Dochodzimy tak do przejścia granicznego Wołosate-Łubnia, które jest obstawione polską strażą graniczną. Jest to aż nadto wyraźna sugestia, że przejścia nie ma.  

Tłumaczyć nam nie trzeba, skręcamy w lewo. Wchodzimy do lasu i dalej idziemy utwardzoną drogą leśną, wciąż bez przewyższeń. 1,5km i docieramy do przyjemnej wiaty, gdzie Starszak ma obiecany odpoczynek. Jesteśmy zaledwie po trzech kilometrach od startu więc niewiele osób się tam zatrzymuje. Spędzamy w wiatce trochę czasu wiedząc, że kolejna za prawie 5km. 

Te 5 km podczas których musimy zrobić ponad 300 metrów przewyższenia to najbardziej żmudny odcinek trasy. Ponad półtorej godziny podejścia lasem. Idziemy i nic się nie dzieje… to Bieszczady, chcemy być na połoninach. A tymczasem las i tylko las, bez jakichkolwiek widoków. 

Przełęcz Bukowska

Nie ukrywamy – jest mozolnie. Żeby jakoś nam ta trasa minęła, i żeby nie dobić Starszaka, zanim zacznie się ciekawa część wycieczki, bawimy się w gry językowe – bardzo polecamy na góry z dzieciakami. I tak, szukając w głowie słów zakończonych na “acja” dochodzimy do Przełęczy Bukowskiej, gdzie znajduje się kolejna zadaszona wiatka. Tym razem chętnych do odpoczynku jest tu sporo. Dzieciaki z radością przyjmują kwadrans odpoczynku.

Teraz nasz szlak będzie skręcał w lewo do góry (i pojawią się widoki!) , natomiast dwieście metrów dalej na przedłużeniu dotychczasowej drogi znajduje się drewniany krzyż, pod który warto podejść. Jest to zwieńczenie Drogi Krzyżowej, która prowadzi od Wołosatego (dokładnie trasą, którą szliśmy). Jeszcze parę lat temu ponoć prowadziła na Tarnicę, ale ze względu na zbyt duży ruch turystyczny i konieczność ochrony przyrody przed zadeptaniem, została przeniesiona.

Przy krzyżu znajduje się mini polanka z bajecznym widokiem na ukraińską część Połoniny Bukowskiej i ścieżką prowadzącą w stronę Kińczyka Bukowskiego. Niestety jesteśmy na granicy, której nie możemy jej przekroczyć, chociaż ukraińskie Karpaty zachwycają swoim spokojem i bezgraniczną ciszą.

Rozsypaniec

Wracamy więc na polską stronę Połoniny Bukowskiej. Ciszy nie ma, ale widoki równie piękne. Przed nami najciekawszy – wyczekiwany odcinek trasy. Za pół godziny powinniśmy zdobyć Rozsypaniec (1280 m npm) a za godzinę Halicz (1383 m npm). 

Tu jest już dość stromo, ale wędrówka jest nieporównywalnie bardziej przyjemna niż pierwszy odcinek – idziemy połoniną, a wokół nas rozległe szczyty. Za nami mniej więcej 8 km wędrówki i 500 m przewyższenia, ale to ten moment, w którym możemy powiedzieć, że było warto. Idziemy wąską dróżką, las mamy dawno za sobą. Mijamy ciekawe wychodnie skalne i wciąż zdobywając wysokość, coraz bardziej nasycamy się widokami – góry przed nami są jak malowane. 

Po pół godzinie od przerwy na Przełęczy Bukowskiej zdobywamy Rozsypaniec. Bawi mnie ta nazwa, a wzięła się od rozsypanych na zboczach skałkom i kamieniom. Jesteśmy otoczeni górami – widać stąd i masyw Tarnicy, i Halicza, Krzemieniec a przede wszystkim nie tak łatwo dostępne, a przez to owiane mgiełką tajemnicy i dzikości, Bieszczady Ukraińskie. W tym Pikuj (1405m n.p.m) najwyższy szczyt Bieszczad Wschodnich, a jednocześnie całych Bieszczad.

Rozsypaniec miał być naszym punktem tranzytowym w drodze na Halicz, ale urzekł nas do tego stopnia, że robimy tu solidną, pełną zachwytu przerwę.Widoki są obłędne. Magiczne. Bajeczne. Prześcigamy się w przymiotnikach. Panorama 360 stopni – z każdej strony otaczają nas masywy górskie.

Halicz

W końcu jednak trzeba się zebrać i kontynuować wędrówkę – przecież robimy pętlę. A pętle są zazwyczaj zamknięte. Kierujemy się na północ. Między Rozsypańcem, a Haliczem jest niecałe 1,5km odległości, podczas których idziemy mocno w dół, a później w górę. Pomiędzy szczytami jest strome zejście na nienazwaną przełęcz i strome podejście na szczyt. Pół godziny i jesteśmy na trzecim pod względem wysokości – po Tarnicy i Krzemieniu – szczycie Bieszczad. Halicz (1333m n.p.m) jest równie ujmujący jak Rozsypaniec. Rozległe panoramy na Bieszczady polskie, ukraińskie, Górną Dolinę Sanu. Na nas jednak robi mniejsze wrażenie. Pewnie dlatego, że są barierki, dużo ławek – dużo ludzi. Jakoś zbyt dużo udogodnień. Poza tym Rozsypaniec zachwycił nas jako pierwszy. Zgodnie z życzeniem Starszaka spędzamy na Haliczu trochę czasu, po czym ruszamy w stronę Przełęczy Goprowskiej.

Przełęcz Goprowska

Czeka nas teraz 3,5km odcinek wytracania wysokości. Musimy zejść około 250 metrów. Za przewodnika mamy wąski i ostry grzbiet Tarnicy. Dokładnie widzimy naszą ścieżkę trawersującą zbocza Kopy Bukowskiej i Krzemienia. Dla nas – dorosłych – bardzo przyjemny odcinek. Młodszy jest w nosidle więc pełnia radość życia, natomiast Starszak zaczyna czuć się zmęczony. Odległość do pokonania, którą widzi wyraźnie nie daje mu zbyt dużo nadziei na rychły odpoczynek. Idziemy więc powoli, rytmem 7 latka. Po drodze mijamy się z dwiema rodzinami z dziećmi w podobnym wieku – dowód na to, że trasa jest do zrobienia dla nawykłego do gór malucha. To nie tylko nasz pomysł.

Po mniej więcej godzinie docieramy na Przełęcz Goprowska, która łączy masyw Tarnicy i Krzemienia. Swoją nazwę zawdzięcza temu, że, przed laty stała tam namiotowa baza – dyżurka GOPR. Teraz są ławki, na których można odpocząć, a kawałek za nimi wiata. Wokół której – niestety – powstała samozwańcza polowa toaleta. Przyjemniej więc jest posiedzieć na ławkach.

Do parkingu w Wołosatem mamy stąd 5km, a Starszak jest już dość zmęczony. Proponujemy mu, żeby odpuścił sobie Tarnicę, na którą jest dość konkretne podejście. Chwila negocjacji, bo żal mu stracić punkty GOT;) ale zmęczenie wygrywa. Dokonujemy więc podziału wycieczki – żeńska część idzie na Tarnicę, męska na Przełęcz pod Tarnicą (1275m npm) zwaną też Przełęczą Siodło ze względu na swój kształt. Tam się mamy spotkać. 

Tarnica

Szlakówki pokazują, że czeka mnie 25 minut podejścia na przełęcz plus 15 na szczyt. Do przejścia mam 1.2km i niecałe 200 metrów przewyższenia.  Nie chcę, żeby panowie musieli na mnie za długo czekać w związku z tym wbiegam na Tarnicę (1346m n.p.m.), dokonuję wizji lokalnej i zbiegam na umówioną Przełęcz pod Tarnicą – docieramy tam w tym samym momencie. Cała trasa zajmuje mi 25 minut. 

Nie ukrywam – możliwość narzucenia sobie własnego tempa, jest miłą odmianą podczas naszych wycieczek z dziećmi.

Co do Tarnicy – nie kupuję tego szczytu. Raz, że “schody” (a tak naprawdę progi przeciwerozyjne, które mają chronić szak ukształtowany z miękkiego podłoża), dwa, że barierki, metalowy krzyż i tłum ludzi. Nie jest tajemnicą, że jako najwyższy szczyt Bieszczad po polskiej stronie Tarnica od paru lat bije wakacyjne rekordy popularności. Może więc zamiast mieć pretensje do góry, trzeba było wybrać się na nią jesienią… 

Wołosate – powrót

Pozostało nam już tylko zejście. Od samochodu dzielą nas 4 km w trakcie których musimy pokonać 555m obniżenia terenu. Przez pierwszy kilometr możemy jeszcze cieszyć się panoramą gór, potem wchodzimy do lasu. Wszystko, co najlepsze podczas tej wyprawy za nami. Idziemy… po kamieniach, schodach, drewnianych kładkach i po prostu po lesie. 

Przez większość trasy współtowarzyszy mieliśmy tak akurat – żeby mieć się do kogo uśmiechnąć, ale też żeby nie spychać się nawzajem ze szlaku. Na ostatnim odcinku, jednak się nawzajem spychamy. Doświadczamy tego, jak bardzo uczęszczany jest niebieski szlak Wołosate-Tarnica. Dla nas to już końcówka, zejście do parkingu zajmuje nam mniej więcej godzinę. Czy było warto? Zdecydowanie. Szlak widokowo obłędny. Starszak zmęczony, ale nie przemęczony. Młody wyspany w nosidle. Nasza rekomendacja – jeśli Tarnica, to koniecznie przez Halicz.

Informacje praktyczne

  • Najwyższy Punkt: 1346 m n.p.m.
  • Parking w Wołosatem – jest płatny i wielki, a mimo wszystko szybko się zapełnia. Warto być na szlaku wcześnie
  • Najkrótsza droga dotarcia na Tarnicę jest bezpośrednio za budkami biletowymi, my rekomendujemy dość długą lecz piękną pętlę przez Halicz
  • Tuż przed Przełęczą Bukowską znajduje się toaleta – jedyna na szlaku
  • Na trasie nie ma żadnego schroniska, ani bufetu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *