Przełęcz Karb – solo Tatry

Samotny wyjazd bez większego planu – wiedziałam, że zacznę w Kuźnicach, a potem zdecyduję co dalej. No i zdecydowałam. Minęłam dwa stawy, przeszłam przez Przełęcz Karb i zeszłam przez Murowaniec. Bardzo sympatyczna tatrzańska pętelka. W sam raz na reset głowy.

Kuźnice

Startuję w Kuźnicach i wybieram drogę przez Myślenickie Turnie w kierunku Kasprowego Wierchu. Dla mnie – trasa sentymentalna. To właśnie tu robiłam górskie rozbiegania, które dawały mi ogląd na aktualną kondycję. Dawno nie biegałam po górach więc podejście 1h40 min uważam, za niezły wynik. Według szlakówek cała trasa powinna zając 3h.

Początkowo idę przez las. Dopiero za Myślenickimi Turniami pojawiają się kosodrzewiny i skały (więcej o podejściu na Kasprowy Wierch przeczytacie tutaj). Skoro są już niskie kosówki zamiast drzew, powinny być też widoki – tych jednak szczególnie nie uraczyłam. Drugi raz pod rząd przechodzę tę trasę, gdy wokół mnie głównie chmury i mgły. Nie narzekam, lubię taką aurę, a szlak znam na pamięć, więc nie dla widoków go wybrałam. Po wspomnianej godzinie i czterdziestu minutach docieram na szczyt.

karb
karb

Kasprowy Wierch

I cóż… na Kasprowym Wierchu wieje szaleńczo! Siadam na chwilkę na kamieniu, ale szybko rezygnuję z tej przyjemności. Nie ubrałam się odpowiednio więc zmarzłam jak dawno się nie zdarzyło. Wchodzę do budynku Stacji Kolei Liniowych, żeby ubrać ciepłe ciuchy i przez chwilę się ogrzać.

Plan, który znałam zakładał, że dojdę tutaj, a potem pomyślę, co dalej. Ze względu na słabą widoczność decyduję się ruszyć najlepiej znanym sobie szlakiem. Idę więc na szlak żółty, w kierunku Hali Gąsienicowej. Kilkadziesiąt minut zejścia wzdłuż kolejki krzesełkowej. Szlak sentymentalny, chyba nigdy mi się nie znudzi. Nie wiem, czy w ogóle istnieje ktoś, komu znudziła się Hala Gąsienicowa. Mniej więcej w połowie zejścia chmury zaczynają się przerzedzać, kusząco lśni tafla Zielonego Stawu Gąsienicowego… postanawiam dać się skusić i dojśc do stawu, a może i dalej.

karb

Zielony Staw Gąsienicowy

W ten sposób, po 1700 metrach od szczytu Kasprowego Wierchu odbijam w prawo, na czarny szlak. Niebo wciąż się przejaśnia. Kiedy zbliżam się do stawu jest już na tyle przejrzyście, że mogę podziwiać tatrzańskie skały. Dogania mnie trzyosobowa grupa wędrowców. Nie lubię mieć towarzystwa tuż za plecami, przystaję więc żeby ich przepuścić. Wyprzedzają mnie, a potem ich doganiam, przepuszczam ponownie, doganiam… po kilkukrotnym przepuszczeniu się nawzajem zaczynamy iść razem.

Tak oto mijają mi ostatnie kroki przed Zielonym Stawem Gąsienicowym – na sympatycznej pogawędce z kolegami z Poznania. Przy stawie każdy siada w swoim zakątku. Po chwili namysłu decyduję się zrobić pętlę przez Przełęcz Karb. Moi chwilowi towarzysze kierują się na Kościelec więc jeszcze przez jakiś czas możemy iść razem.

Przełęcz Karb i Mały Kościelec

Skręcamy na niebieski szlak i bardzo fajnym, szybkim tempem idziemy wspólnie od Zielonego Stawu do Przełęczy Karb. Odcinek na 30 minut zajmuje nam kilkanaście. To zaledwie 150 metrów przewyższenia. Podejście nie jest w żaden sposób trudne technicznie, ale czasem trzeba podeprzeć się rękoma o kamienie. Z moimi towarzyszami żegnamy się na przełęczy – panowie idą do górę w stronę Kościelca, ja za chwilę ruszę w stronę Małego Kościelca, a na razie zostaję na łączącej je Przełęczy Karb (1853m n.p.m). Kiedy byłam tu poprzednio, widoki były całkiem niezłe, a teraz znów wróciły chmury. Taka to nieprzewidywalna pogodowo wyprawa. Nie szkodzi.

Przełęcz Karb

Po paru minutach przerwy (nie spieszę się szczególnie) żegnam Karb i ruszam dalej przez Grań Małego Kościelca. Jest to malowniczy (w przypadku braku mgieł) kilometrowy odcinek oddzielający Dolinę Czarną Gąsienicową od Doliny Zielonej Gąsienicowej. Granią prowadzi czarny szlak, jest minimalnie eksponowany. Nie czuję się dobrze w eksponowanych miejscach, a jednak przejście tędy nie sprawia mi żadnego problemu – oznacza to, że przepaści są niewielkie;). Czasami trzeba przystanąć, by przepuścić osoby z naprzeciwka, bo ścieżka poprzez skały i między kosodrzewiną bywa zbyt wąska, żeby zmieścić dwie osoby. Ciekawy odcinek, coś się dzieje. Kawałek za szczytem musimy byc czujni – szlak w kierunku Czarnego stawu skręca ostro w dół. Droga prosto to kontynuacja przejścia granią – pozaszlakowe, więc w TPN nielegalne.

Czarny Staw Gąsienicowy

Zejście tędy jest strome (przepraszam Was, drogie kolana), ale w warunkach letnich, a takie już mamy, nie jest w żaden sposób trudne technicznie. Przede mną ledwie 400 metrów żmudnego stawania na odpowiednią skałę i docieram nad Czarny Staw Gąsienicowy, do skrzyżowania z niebieskim szlakiem prowadzącym w kierunku Zawratu.

Nad stawem rzecz jasna jest już gro ludzi. Nie zatrzymuję się, kieruję się w wprost do Schroniska PTTK Murowaniec, dokąd pozostało mi około półtora kilometra. Oczywiście im bliżej schroniska, tym więcej mijanych osób. Trasa jest bardzo łatwa latem. Początkowo prowadzi piargami, potem wchodzimy między drzewa i kosodrzewiny na przyjemniejsze dla stóp podłoże.

Tu muszę dodać, że zimą sytuacja zmienia się drastycznie – szlak przecina żleb przez co jest to bardzo niebezpieczne miejsce po opadach śniegu. Zresztą w lawinie śnieżnej, która zeszła ze stoków Małego Kościelca zginął w 1909 roku kompozytor i współzałożyciel TOPR – Mieczysław Karłowicz. Poszukiwanie jego ciała uważa się za pierwszą akcję ratowniczą organizacji. W rumowisku skalnym znajduje się kamień upamiętniający Karłowicza jest to jednak miejsce niedostępne ze szlaku.

Schronisko Murowaniec

Wracam jednak do lata 2022 i mojej samotnej wyprawy. Nogi idą po szlaku mijanym już dziesiątki razy, a głowa myśli już tylko o tym, że zaraz będzie schronisko i kawa.;) Murowaniec – jedni uwielbiają, inni narzekają, że to już nie schronisko, lecz hotel… Ja mam w z tym miejscem mnóstwo dobrych wspomnień, więc przymykam oko na absurdalne ceny, noclegi zarezerwowane na kilka miesięcy w przód i pizzę w menu… Odczekuję swoje w kolejce po kawę, siadam z nią przed budynkiem i przez ostatnie kilkadziesiąt minut chłonę Tatry. Uwielbiam być w tym miejscu.

Kuźnice

Muszę jednak zdążyć na bus powrotny do Krakowa, trzeba więc pożegnać ten uroczy zakątek. Przede mną jeszcze 4,7km zejścia do Kuźnic i 4km przejścia przez Zakopane, by dotrzeć do dworca. Odnoszę filiżankę, biorę plecak na barki i ruszam niebieskim szlakiem zostawiając za sobą piękno najwyższych szczytów. Chmury momentami się przerzedzają osłaniając szczyty otaczające Halę Gasienicową – przez moment widać nawet charakterystyczny wierzchołek Kościelca. Odwracam się co rusz za siebie i chłonę to piękno. Zatrzymuję się jeszcze przed Betlejemką, by przez parę minut oddychać atmosferą gór. Trochę mi smutno, jak zawsze w tym miejscu, gdyż wiem, że to pożegnanie z Tatrami na jakiś czas.

Po kolejnych kilkudziesięciu metrach wchodzę do lasu. Przede mną jeszcze kilkanaście minut podejścia na Królową Rówień, dopiero tam zacznę ostatecznie wytracać wysokość . Idę dobrze znaną sobie trasą – nie liczę, ile razy przeszłam ten odcinek. Na przełęczy między Kopami mam do wyboru szlak niebieski lub żółty – tradycyjnie kontynuuję zejście niebieskim przez Boczań.

To pozwoli mi jeszcze przez jakiś czas wędrować grzbietem z widokiem na okoliczne szczyty – miedzy innymi Giewont. Po kilkunastu minutach ponowne wejście w las. Krok za krokiem zbliżam się do Kuźnic. Melduję się tam nieco godzinę od opuszczenia schroniska. Przede mną jeszcze 4km do dworca i voila! Wycieczka za mną. Kilka godzin z górami i sobą samą – to był bardzo dobry dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.